Aleksander Świętochowski o Bolesławie Prusie (36)
Nie pamiętamy ani jednego wypadku, w którym by on bronił jakiegoś człowieka publicznego większej siły od napadających go psów, ale pamiętamy wiele wypadków, w których takim psom rany dotkliwe opatrywał. Sądzi on zapewne, że taki człowiek z owej napaści wyjdzie zawsze zwycięsko, a pies mocno pobity zdechnąć może; nie mniej charakterystycznym jest to jego stałe współczucie dla stworzeń nędznych, marnych, upośledzonych, a zarazem obojętność dla doskonalszych, wybranych i znamienitych. On, który tyle ofiarował serca i miłości pierwszym, ani razu nie wybuchnął ogniem zapału do żadnej wielkiej idei i do żadnego wielkiego człowieka. Przeciwnie, często nawet z wielkich zasad, teoryj i ludzi drwi, nie drwi tylko z małych zasad, z małych teoryjek i z małych ludzi. To już nie wada, to właściwość występująca zwykle u jednostek posiadających większe serca niż mózgi, silniejsze uczucia niż rozumy. Jak trudno Prusowi unieść się zachwytem nad niziny życia, jak go nie olśniewają promienie słońc i nie porywają szczyty wyżyn, z mnóstwa dowodów przytoczę dwa. Kiedy postanowiono wznieść pomnik Mickiewiczowi, Głowacki kilkakrotnie ganił ten zbytek, zalecając natomiast uprzystępnienie dzieł poety najniższym klasom społeczeństwa.100 Może ta rada była rozsądną, praktyczną, ale jakże ona świadczyła jedynie o uwzględnieniu interesu maluczkich i o bezwrażliwości na cześć dla olbrzyma, która potrzebowała wyrazić się jakimś podniosłym objawem! Jednego znowu razu Prus wyszydził Mozartowskie-go Don Juana, uznawszy to nieśmiertelne arcydzieło, w którym Gounodowi „Bóg się objawił”, za przestarzałe i niegodne słuchania.101 Nie jest on jak większość ludzi politeista w kulcie wiedzy i sztuki, ale raczej panteista, którego bóstwo rozpłynęło się w niedoli nędzarzów.
Comments are closed for this entry.