Dwa bukiety poetyczne (3)
Rwał się jak ptaki, co w skrzydła trzepocą, I pierwszy zawołał: „Boże!”
mimo to wszystko, powiadamy, Konopnicka Boga „czuje” .
Ale czuje także potrzebę przeniknięcia „srebrnej [?] tajemnicy” i smutna pyta, czy zasłona
tak na zawsze będzie rozciągniona Pomiędzy prawdą a ludów sumieniem?
W odpowiedzi na to pytanie i splecione z nim zagadki bytu tkwi rdzeń filozofii Konopnickiej. Widzi ona:
Konającej nocy zgrzyt, Już chorągiew rubinową Słońce wznosi na świat stary, Już się wschód jasnością pali, To świt!
Ów „świt” rzucający pierwsze promienie w otchłań ciemności jest wiarą, nadzieją i miłością poetki. Ciągle ona zapewnia, że:
W mrokach my jeszcze, lecz w górze już dnieje.’
Łatwo dowieść, że jest to nie tylko złudzenie, ale próba ominięcia trudności proroctwa ogólnikowym frazesem. Ani doba obecna nie jest przepaścią „mroków”, ani słońce nie wznosi żadnej „chorągwi rubinowej”. Ciemność jeszcze zalega wiele dziedzin naszego życia — to prawda, ciągle nowe promienie zapalać się będą — to także prawda, ażeby wszakże miała kiedykolwiek nastąpić chwila wschodu, w której noc się skończy, a dzień zacznie — w to nawet poetycznie uwierzyć trudno. Każda bowiem epoka miała i mieć będzie zarówno swoje mroki, jak świt, nasza pod tym względem żadnego wyjątku nie stanowi. Omyłka stąd pochodzi, że Konopnicka pragnie wypowiedzieć umysłowe i moralne potrzeby swego czasu oraz wskazać im proroczo chwilę uspokojenia, ale owe potrzeby zlewa w ogólnikową tęsknotę, a ich zaspokojenie w również ogólnikową pociechę. Czemu? Czyżby
Comments are closed for this entry.