Nad Niemnem recenzja (5)
Jest to ze stanowiska logiki życiowej skok w całej powieści najry-zykowniejszy i czysto dedukcyjny. Sama autorka nazywa go „szalonym” i tak każe go Justynie tłomaczyć: „Uczoną nie jestem ani artystką, żadnych niepospolitych zdolności ani talentów nie mam i tyle tylko rozsądną jestem, by to znać i wiedzieć. Z tego, co umiem, bez wahania i żalu odrzucę drobnostki, które ani mnie, ani, jak mi się zdaje, nikomu pożytku by żadnego nie przyniosły. A jeżeli światła zostanie mi jeszcze trochę więcej, niż on… niż oni go posiadają, z ja-kimże szczęściem pomiędzy nich je wniosę!”
Teoretycznie nic ani takiemu skojarzeniu, ani takiemu wywodowi zarzucić nie można. Owszem, gorąco życzyć należy, ażeby próżnujące rezydentki dworów, te przyjemne grzybki, te istoty zdrowe, silne, zdolne do pracy, a wiodące żywot „bezczynnych kamieni”, przechodziły do ludu i „trzymały nad nim swoją ubogą lampkę, aby mu trochę widniej, jaśniej i weselej było”. Ale czy ta chemia społeczna nie jest sielankowym marzeniem, czy dla takich związków życie przygotowało pierwiastki? Nie wierzymy powieści. Najszlachetniejsza teoria nie wytworzy uczuć sztucznych, jak żadna retorta nie wytworzy ciała organicznego. Nieprawdą jest przy tym przysłowiowo powtarzane mniemanie o powinowactwie przeciwieństw. Kochają się tylko ludzie podobni, a dostrzegane w nich różnice łudzą nas tak, jak niewprawne ucho łudzą dwie melodie, które zlewając się w kontrapunkcie, tworzą zgodę. Chociażby ta panna, wychowana w atmosferze dostatku, lekkich zajęć, znacznie rozwiniętych potrzeb umysłowych i uczuciowych, nie była ani „uczoną”, ani „artystką”, nie „odrzuci drobnostek” nabytych w dzieciństwie i młodości, nie zharmonizuje się trwale z życiem prostego chłopa, nie zapomni o swej wiedzy, francuszczyźnie, muzyce, towarzystwie ludzi ogładzonych lub wytwornych. W uniesieniu, w gorączce apostolskiej może na taki krok się odważyć, ale gdy pomieszka przez czas jakiś w zatęchłej i brudnej izbie, gdy co dzień będzie musiała doić krowy, karmić trzodę, nosić wodę, żąć i spełniać wszystkie roboty gospodyni na 20 morgach, zatęskni do przeszłości. Nie wziąłbym na swoją odpowiedzialność życia ani tej panny, ani tego poczciwego chłopca, który ją poślubił. Sądzę, że nie zaryzykowałaby i Orzeszkowa — poza swoją powieścią. Ów lud bowiem, pomimo wielu nieocenionych przymiotów, występuje w świątecznym stroju sielankowego idealizmu tylko dla podparcia autorom wzniosłych założeń; przy warsztatach życia, w ubiorze codziennym wygląda inaczej, właśnie tak jak go przez wieki w szkole poddaństwa, ucisku i ciemnoty wychowywano: jego głowa wydaje nie mniej ostrą woń jak jego nogi i ręce. Autorka umyła go i ubrała, otarła z potu i brudu, jego piersi rozgrzała gorącymi uczuciami, jego umysł wyostrzyła filozofią, stąd przeskok z dworu Korczyńskiego do chaty Bohatyrowicza wydaje się dla sił Justyny niewielkim i pozornie bezpiecznym. Powróćmy wszakże tym stosunkom prawdę realną — będzie innym. Naturalista zaprzeczyłby jego możliwości. Dajmy Nad Niemnem do przeczytania Zoli — rozśmieje się i powie: romans na wyspie szczęścia!
Comments are closed for this entry.