O Zoli
Musimy zaznaczyć pewną odmianę naszego sądu o Zoli. Przede wszystkim autor francuski popełnia błąd swoich przeciwników: odmawia racji bytu, artyzmu i pożytku wszystkim innym rodzajom twórczości, z jego metodą niezgodnym. Postępuje on tak w powieści, jak Kalwin w religii: żąda swobody i staje się odszczepieńcem, a innych odszczepieńców ha stosie pali. W swoich traktatach i przepisach prawodawczych dla sztuki rozumuje na podobieństwo słonia, który drwi ze wszystkich zwierząt nie posiadających trąby. Tymczasem ścisła krytyka może się posunąć tylko do równouprawnienia każdego nowego gatunku z innymi.
Po wtóre Zola łudzi się co do swego naturalizmu. Jego utwory są niewątpliwie bardziej zbliżone do rzeczywistości niż idealistyczne, ale dokładnym jej odbiciem nie są dlatego, że przedstawiają tylko pewne chwile i wypadki z życia bohaterów, oderwane od ogniw pośrednich. Jeżeli eksperymentator (z którym Zola lubi się porównywać) wykazuje działanie pewnego środka na organizm ludzki, to bada zmiany w najdrobniejszych działkach czasu. Tymczasem powieściopisarz uczynić tego nie może, gdyż na samą analizę psychologiczną jednego bohatera w ciągu jednego dnia musiałby poświęcić cały tom i — zanudzić czytelnika.
Po trzecie Zola nie dostrzega, że materiały używane do dzieła sztuki posiadają skalę rozmaitej wartości, że dwa posągi z gliny i z marmuru, chociażby je wyrzeźbiła ta sama ręka, nie będą posiadały równej wartości. Podobne stopniowanie zachodzi w treści wewnętrznej. Wieśniaczka polująca na głowie dziecka nie może w nas budzić uczuć takich, jak Niobe opłakująca dzieci. Według wszelkiego prawdopodobieństwa Zola nie zaprawia swych obrazów błotem dla skandalu, ale też nie powinien wymagać, ażeby wszyscy znajdowali w tym błocie przyjemność. Są ludzie, którym nerwy pozwalają siedzieć nad padliną dla obserwowania procesu gnicia, ale są tacy, którzy by przy tym badaniu zemdleli. Jeżeli ktoś nie znosi wymysłów w życiu, jakże Zola może wymagać od niego, ażeby je znosił w powieści? Tu prawo uczuć ludzkich musi być zachowane. Pomijając sztuczną pruderię, istnieje olbrzymia masa umysłów, w których odraza do prosektoriów, szpita-lów, karczem, domów rozpusty itd., a więc i do malującego takie obrazy naturalizmu, jest szczerą, niczym nie przezwyciężoną. Może kiedyś zmienimy się, może nam nerwy stępieją, dziś one są wrażliwe, a Zola ich nie przerobi. Że on posiada zupełne, bo nawet artystyczne prawo odbijania tych objawów życia, które na niego szczególnie działają — to sprawa całkiem inna. Nie ma tak drażliwego widoku, który by nie przeniósł się do malarstwa lub rzeźby, dlaczegóż by więc powieść miała tu być ograniczoną?
Comments are closed for this entry.