Pisma wierszem i prozą
W dalszym ciągu Biblioteki Klasyków Polskich szybko w tym przedsięwzięciu idący naprzód wydawca przedrukował prace Węgierskiego. Jest to jeden z najpotrzebniejszych, a więc najważniejszych tomików. Węgierski bowiem mniej był u nas przedrukowywany, niż przepisywany ; jak kozioł ofiarny musi on dźwigać ciężkie brzemię grzechów nieobyczajności poetyckiej najrozmaitszego pochodzenia, podczas gdy odtrąciwszy nieliczne wybryki jego pióra, zgodnie zupełnie z nastrojem epoki, był to poeta wyjątkowej w swym wieku czystości sumienia. Wznosił on dumne i niezmazane czoło pośród służalczej czeredy rymotwórców, odczuwał szczerze niedolę kraju, rzucał śmiało wzgardę w oczy, prawdy korcem nie nakrywał, przed potęgą możnowładczą nie drżał i na kolana nie padał. Uważnie odczytane i do warunków odniesione, prace jego składają najpiękniejsze świadectwo nie tylko talentowi, ale i charakterowi. Postępowe umysły, szukające w przeszłości pokrewnych sobie przodków, nie powinny zapominać o tym dzielnym buntowniku, który zbyt wcześnie zgasł, ażeby mógł coś trwalszego po sobie zostawić, ale zbyt wyraźnie się zarysował, ażeby na szacunek nie zasługiwał. Priapowe 4 wieńce, którymi tradycja dotąd go zdobi, należy zerwać z tej szlachetnej głowy. Uczynił to nader umiejętnie K. Estreicher w przedmowie do obecnego wydania Pism 6. Oświetlił on, na ile szczupłe dane pozwalają, kilka ciemnych punktów, uczcił sprawiedliwie zasługi pisarza, któremu dotąd kazano w literaturze naszej grać rolę potwarcy i hultaja. Rzecz szczególna, dwu krytyków jednocześnie upomniało się za Węgierskim: Estreicher i Bem w Ognisku’; widocznie wybiła dla sponiewieranego poety godzina sądu bezstronnego.
Zwracam uwagę czytelnika, któremu do rąk świeżo wydana książka się dostanie, na memoriał poety w sprawie z Wilczewskimi. Co to za pyszny, co za wymowny protest przeciwko zuchwalstwu możno-władców XVIII w., tym charakterystyczniejszy, że go autor odpokutował w kozie. „Źrenica wolności” wówczas tak na rzeczy patrzyła, że gdy pan najechał swego sąsiada i wierzyciela, kilka osób zabił, inne poranił i majątek zabrał, skarga przeciw gwałtowi była występkiem. nach z uchylonym wiekiem, trzymają dla nas pochodnie. Upłynęło dwadzieścia pięć lat od śmierci L. Kondratowicza (Syrokomli). Idą też serca nasze żałobą okryte na grób Rossy pod Wilnem i kładą na mogiłę „lirnika wioskowego” wieńce uczuć smutnych. A gdyby serca prostaczków nie były mumiami w zwojach ciemnoty i znały swego przyjaciela, niezawodnie pospieszyłyby uczcić jego pamięć najliczniej. Natomiast gdyby kareta wielkopańska, zawadziwszy kołami o jego kamień nadgrobny, wyrzuciła nań polskiego magnata, z pewnością zraniłby się boleśnie.
Syrokomla kochał lud szczerze, a gdy wahano się w Wilnie nad wyprzęgnięciem chłopów z jarzma, krzyknął (1859):
O, wstyd mi Wilna, nie chcę być Litwinem
I hańba mojej herbowej pieczęci!
Miłość ta wszakże oprawiona była u niego w ramy katolicko-szla-checkie, których stale do swych obrazków używał. Być może, iż gdyby swego ukształcenia na klasach nie skończył albo gdyby je uzupełnił świeższymi źródłami i żył w czystej atmosferze, kto wie, czy nie wydobyłby ze swojej liry tonów śmiałych, prawdziwie demokratycznych. Ptak dolin, wąwozów i zaścianków, a po części ptak klatki, nie wzlatywał nigdy nad szczyty, więc nie miał spojrzeń orła. Śpiewał jak skowronek nad chłopem orzącym swą jałową rolę lub jak szczygieł w oknie wiejskiego dworku. Z jednego kąta litewskiego przesiedlał się w drugi, a nigdzie widnokręgu swej myśli rozszerzyć nie zdołał. Załucze tyle dało jego muzie, co Borejkowszczyzna lub nawet Wilno.* Zdawało mu się, że „dialektykiem” z natury nie był, nad głębią dociekań filozoficznych doznawał zawrotu głowy, ale gdzież on miał sposobność nauczyć się — jak Pielgrzym Mickiewicza — „spoglądać przez świata szczeliny”. Na spadzistych więc krawędziach powtarzał sobie tylko jak Mirza: „Zmów pacierz… Tam nie patrz! Tam spadła źrenica… o dno nie uderza.” Ale ile pieśni z duszy wiedzą nie nasyconej, samorodnej a głęboko czującej na dolę ludu spłynąć mogło, tyle z duszy jego trysnęło. Spasowicz słusznie „trybunowi zahukanych a biednych chudopachołków” przeciwstawia Pola, „obrońcę władzy i panów”. W pierwszym choć słabo tętniła przyszłość, obrazy drugiego są martwymi stalaktytami przeszłości. Tamten powinien był żyć dotąd, ten umrzeć musiał, bo już by z teraźniejszością dziś rozmówić się nie umiał.
Dzięki Syrokomli za to, co nam dał, ale sądzimy, że nie dorósł do miary sił przyrodzonych, że za krótką i wąską była droga, którą przebył. Zycie przygniotło go ku ziemi. I nie samą biedą — nie on jeden sprzedawał swoje płody „na pniu”, nie on jeden spoczywając na wawrzynach, widział w nich bobkowe liście i marzył o obiedzie; dusiły go ciasne warunki. Inaczej czyżby głuszył rozdźwięk swej piersi hulanką, topił zgryzotę w kieliszku i otwierał usta dla chwytania powietrza, którego piersiom brakło? Jego liryka jest kwileniem wdzięcznym lub świstem przenikliwym, ale jego pieśni szerzej roztoczone zdradzają chrypkę głosu nieukształconego, są łopotem za krótkich skrzydeł. Beranger polski ani Walter Scott6 nie mógł wychować się w zaścianku litewskim, śród ciemnoty, przesądów, duszności umysłowej, jałowych stosunków i utarczek z żydami. Tam był grunt dla gawędy — i ta się udała.
Talent też Syrokomli zanim się rozwinął, usechł i sparciał. A mimo to spadły zeń do literatury śliczne kwiatki, których ona dotąd uzbierała niewiele — smutne i rzewne pieśni z nizin życia, pieśni niedoli. 25 lat dzieli nas od jego zgonu, odszlachetczyliśmy się w pojęciach nieco, a gdzie poeci, którzy by śpiewali uczucia swej epoki? Ten i ównastroi do nich dla odmiany swą lutnię, ale chętnie wraca do innych motywów. Jeden więcej powód, ażeby mogiłę Syrokomli ozdobić nieśmiertelnikami.
Comments are closed for this entry.