RSS Feed

W. Hugo

Posted on Piątek, lipiec 3, 2009 in Wspomnienia

„Zaszło słońce romantyki francuskiej — powiada Brandes w zakończeniu swego dzieła — ale dopóki Wiktor Hugo żyje, wieczorną jej zorzę jeszcze na widnokręgu widzimy.” Przed kilku dniami i ta zorza zgasła — W. Hugo, pierwszy i ostatni z romantyków francuskich, umarł.

Należał on do rodu olbrzymów pióra, których śmierć rozlega się hukiem zwalonego kolosu. Między wielu innymi, którzy tego olbrzyma usiłowali wymierzyć, Brandes w swej świeżo przez Spółkę Nakładową po polsku wydanej książce skreślił go bardzo wymownie, ale zbyt roztopił w „prądach” i żywej, całkowitej, wyrazistej postaci w słowie nie odlał. Tym mniej możemy to uczynić my w pobieżnym szkicu, zwłaszcza gdy mamy zdjąć pośmiertną maskę z umysłu tak bogatego w siły i… przemiany. Bo przez osiemdziesiąt trzy lata swego życia W. Hugo rodził się i umierał wielokrotnie: był monarchistą i republikaninem, katolikiem i bezwyznaniowcem, konserwatystą i radykałem. Nie należy mu z tych przekształceń robić zarzutu i nie żądajmy od jednostki większej konsekwencji niż od narodu. A ten naród od Napoleona I do Trzeciej Rzeczypospolitej ileż przechodził zmian! Najgenialniejszy umysł w łonie społeczeństwa tak podlega prawom i wypadkom jego życia, jak dziecko w łonie matki. Czy podobna, ażeby ten, który przetrwał szereg gwałtownych burz, którego kolebka stała w epoce najwyższej potęgi Bonapartego, a trumna w czasie rządów Grevy’ego, pozostał jednakim?

Mimo to zachował on pewną konsekwencję, a rozliczne twarze jego umysłu spływają się w jedną. Jest to twarz czciciela i apostoła sprawiedliwości, prawdy, swobody i wszelkich uczuć szlachetnych. Muza romantyków lubiła występować z rozczochraną głową, nieraz pijana, hulaszcza i rozpustna, nie wstydziła się zrzucać szat świątecznych i ukazywać swej nagości. W. Hugo, chociaż romantyk, pozostał zawsze uroczystym, dumnym — jak orzeł unosił się ponad błotami życia, po których pływają rybitwy i kaczki. W jednym ze swych wierszy powiada, że Bóg kazał mu być prorokiem.’1 Istotnie za proroka się uważał. Z tego przeświadczenia płynął jego wielokrotnie ośmieszany, a tym nie mniej wspaniały patos, wyniosła uroczystość mowy, a nawet również wyszydzane, a także olśniewające paradoksy. Psychologicznie całe to poetyczne kapłaństwo albo raczej papiestwo było zupełnie naturalne. W. Hugo wierzył w swoje namaszczenie i czuł w sobie potęgę — uważał się za założyciela nowej religii życia dla całej ludzkości. Owe paradoksy rzucał jako błyski natchnień, rozświecających drogę w ciemnościach błądzącym narodom. Chociaż na swym sztandarze romantycznym między innymi godłami umieścił barwy miejscowe, na przekór kosmopolityzmowi klasyków, chociaż nieraz cały świat zamykał w Paryżu, był on prawdziwym kosmopolitą w najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa. Człowiek pewnego miejsca i czasu, stosunki pewnej określonej postaci, wypadki pewnej daty zajmowały go o tyle, 0 ile mógł w nich kopać niezmierzone głębiny. Ze swej wysokości, jako tytan trzymający czoło w chmurach i nie mrużący oczu przed promieniami słońca, za godne siebie poczytywał mówić o potęgach natury i historii, o wiekach, o ludzkości. W jednym z dramatów, krępujących tę skalę, wyprowadza na scenę kilka pokoleń, których najstarszy przedstawiciel liczy lat sto i osiemdziesięciokilkoletniego potomka nazywa „młodzieńcem”. W. Hugo nie miał wprost zmysłu dla pojęcia małości; nie rozumiał roku — tylko stulecie, nie rozumiał człowieka — tylko ludzkość, nie rozumiał kraju — tylko kulę ziemską. Brzydota i piękność, występek i cnota — wszystko przedstawiało mu się w rozmiarach nadzwyczajnych. Jego bohaterowie są albo potworami, albo ideałami nadludzkimi. Zestawione obok siebie, tworzyły ów kontrast, ową antytezę, której poeta tak chętnie używał
1 nadużywał. Cała ta krzykliwa przesada miała swoją dobrą stronę — wrzynała w umysł czytelnika pewne pojęcia i czucia, które bez niej nie utrwalałyby się tak głęboko. Niewątpliwie Jan Valjean, Esmeralda, Quasimodo, sceny z Nędzników lub 93 roku B są to twory wyobraźni nadmiernie rozbujałej, ale kto je zapomni, raz poznawszy? Wszelki paradoks, oprawiony w błyskotliwą formę słowa lub rozwinięty w jaskrawym pomyśle, posiada tę wielką wartość, że uwydatnia i mocno oświeca pewną cząstkę jakiejś prawdy życiowej, która tym sposobem jak błyskawica zapala się przed oczami ogółu.

Trudno byłoby wskazać jakąś ideę, za którą postęp walczy, a której by W. Hugo nie udzielił swego kapłańskiego błogosławieństwa; trudno byłoby odszukać w ostatnich dziejach Europy jakieś zbiorowe nieszczęście, o które by się nie upomniał; trudno byłoby znaleźć jakiś ucisk, którego by nie napiętnował. Według pewnego biografa °, chociaż we Francji należał do partii i uważano go za bożyszcze, obnoszono go tylko jak świętą statuę podczas uroczystych procesji, ale nie pytano o radę. Jest to uwaga poniekąd słuszna, gdyż W. Hugo ani w roli deputowanego, ani senatora radcą prawnym swego społeczeństwa lub stronnictwa w sprawach bieżących być nie mógł, ale mógł być i był genialnym obrońcą lub oskarżycielem w wielkich procesach świata. W jednym ze swych wierszy kreśli taki obraz: na wieży kościelnej wisiał dzwon stary, początkowo lśniący i czysty, z wyrytym słowem „Bóg”. Zwiedzający wieżę, to nożem tępym, to gwoździem zardzewiałym, wydrapywali na nim swe nazwiska, zdania pospolite i niedorzeczne. Kurz i pajęczyna pokryły dzwon, a rdza go pogryzła. I w duszy mojej — mówi poeta — odlanej ze szlachetnego kruszcu, przelotne namiętności wydrapały świeckie nazwiska i starły boskie znamię. Wszakże nie zaszkodziło to jej, jak i dzwonowi; skoro zakołysze się, gdy jej dotknie niewidzialna ręka i rozkaże: śpiewaj! wtedy nagle z drżącego wnętrza spiżu przez splugawioną powierzchnię przedziera się potężny, porywający dźwięk hymnów, a kurz, rdza, szczerby, wszystko musi brać udział w wielkiej harmonii7. Porównanie słuszne. Ile razy nie tylko we Francji, ale gdziekolwiek zdarzył się wielki wypadek, wielka sprawa, można było na pewno oczekiwać, że odezwie się wstrząsający dzwon XIX wieku — W. Hugo.

W poczuciu swej mocy i arcykapłaństwa, on, który wyzywał przed siebie siły natury i bohaterów historii, on który obradował z Bogiem i wiecznością, on, który siedząc na poetycznym tronie, trzymał w jednej ręce berło myśli, a w drugiej zamiast jabłka glob ziemski, musiał uważać się za równego najpotężniejszym i przemawiał do nich śmiało. Pamiętne są jego listy do monarchów za rozmaitymi przestępcami politycznymi.8 Wróciwszy po Sedanie do Paryża, napisał ognistą proklamację, wzywającą Niemców, ażeby powstrzymali kroki nieprzyjacielskie.9 „Zyskał nie tylko szyderstwo i kpiny” — powiada patriota pruski, którego złośliwy śmiech rozlegał się wówczas w tysiącznych odbiciach, gdyż najmizerniejszy reporter nawet poza granicami Niemiec kpił z „zarozumiałego starca”, rzucającego swoje słowo na szalę, na której mógł tylko miecz zaważyć. Rzeczywiście śród szczęku oręża, w wieku panowania brutalnej siły taki szlachetny marzyciel był Don Kiszotem.

Niewielu historia zna wieszczów, których lira posiadałaby tyle strun. Pieśń W. Hugo przechodziła od „legend wieków” do słowiczych śpiewów rodzinnych. Brandes słusznie zaznaczył, że był to między najznakomitszymi wyjątkowy poeta życia rodzinnego. Żonę, dzieci, wnuki, swoją dla nich miłość odmalował serdecznymi a prześlicznymi barwami. Czułość tego olbrzyma dla dzieci ma w sobie porywający urok. Nie pozwala on ich usuwać ze swej pracowni, gdyż „przy nich złoty wiersz wschodni jeszcze hojniej roztoczy malowane i rzeźbione kwiaty, ballada się ożywi, skrzydlate zwrotki ody wzbiją się ku niebu tchnieniem jeszcze ognistszym”.10 Wspominając o młodości swej córki (która wyszedłszy za mąż, utonęła), pisze: „Wieczorem, jako najstarsza, odzywała się: ojcze, chodź, przyniesiemy ci krzesło, opowiesz nam bajkę — dobrze? I widziałem, jak wszystkie te rajskie oczęta błyszczały ciekawością. Urządzałem mordy i krwawe rzezie, z cieniów na suficie robiłem bohaterów powieści, a cztery niewinne twarzyczki w^iąż się śmiały zwykłym śmiechem tego wieku, kiedy słuchamy, jak małe, bardzo mądre karły zwyciężają wielkich, bardzo głupich olbrzymów.”  Nieszczęśliwy ojciec, do grobu wyprzedziły go dzieci!…

Idealność uczuć i stosunków w życiu prywatnym podpierała bardzo mesjanizm W. Hugo, bo w tej czystości czerpał on również godność, którą zawsze okazywał jako prorok. Już w latach młodzieńczych przyjaciele i wyznawcy otaczali go czcią niemal religijną. Pierwsze przedstawienia Hernaniego 12 przeszły śród gwałtownej burzy: wygwizdy-wano dramat, zakupywano miejsca i nie zajmowano ich, ażeby teatr świecił pustkami itd. Otóż liczne grono wielbicieli poety znajdowało się na każdym takim widowisku i odpierało napaść oklaskami. Bran-des przytacza list malarza, Charleta ls, znamionujący nastrój tych młodych ludzi. „Czterej janczarowie — pisze on — ofiarują mi swoje dłonie, a ja składam je u nóg pańskich i proszę o cztery miejsca na dzisiejsze przedstawienie, jeżeli jeszcze nie za późno. Ręczę za swoich mężów. Są to ludzie, którzy by chętnie urzynali głowy, żeby zdobyć peruki. Zachęcam ich do wytrwania w tych szlachetnych uczuciach i nie puszczam bez udzielenia im ojcowskiego błogosławieństwa. Oni klękają, ja wyciągam ręce i powiadam: Młodzieńcy, niech was Bóg ma w swojej opiece. Sprawa jest dobra, spełnijcie swoją powinność. Oni powstają, ja dorzucam: A teraz, dzieci, czuwajcie pilnie nad W. Hugo; Bóg wprawdzie jest dobry, ale ma on tyle do czynienia, że nasz przyjaciel musi przede wszystkim liczyć na nas. Idźcież i nie zróbcie wstydu temu, któremu służycie. Amen.”

W tym wspomnieniu pośmiertnym ledwie napomknąć mogliśmy o właściwościach geniuszu wieszcza francuskiego, a jeszcze mniej
0 tych ziarnach, które szczerze w umysłowość całego świata zasiał. Główny nacisk kładziemy na jego lirykę zarówno ściśle osobistą, jak
rozszerzoną do ram większych — historycznych i ogólnoludzkich. Chociaż W. Hugo zyskał wawrzyny jako dramaturg i chociaż w tej dziedzinie stworzył postacie wspaniałe, tu jego pióro, skłonne do abstrakcji i nadmiernych potęgowań, mniej było zwycięskim.

Czy mamy dodawać, jakim był mistrzem formy? Takiego języka muzy tegoczesne, w szlafrokach pospolitości występujące, nie używają: jest on dla nich za wytworny, za bogaty, za świąteczny. Ale każdy talent, który nie dba o przelatującą koło niego rzeszę, i który chce sięgnąć znaczeniem poza chwilę bieżącą, artystą słowa być musi.

Żałobę narodową przywdziała Francja po swym największym tego wieku poecie, szczery smutek okrył również serca wszystkich narodów, które go do swych literatur przeprowadziły. Piękna myśl symboliczna kryje się w wystawieniu zwłok W. Hugo pod Łukiem Tryumfalnym, który jest pamiątką sławy Napoleona I. Łuk ten powinien dziś przejść w spadku po tym, który narody mordował, na tego, który ich rany koił.

Comments are closed for this entry.

wynajem wózków widłowych testy gry online Recenzje.divingforum.pl to serwis, który posiada na swych podstronach masę tekstów. Naprawdę warto je czytać. Zamieszczamy Praca tutaj teksty jedynie wysokiej jakości. Takie, które zostały napisany przez osoby cena wody i ścieków wyjątkowe. Prawdziwych pisarzy książek czy publicystów. Dlatego też nie powinieś odżywki na przyrost masy czytając je mieć wrażenia straconego czasu. Warto często tutaj wchodzić. Tym bardziej, że Przedszkole Warszawa stale staramy się dodawać nowe materiały. Praktycznie robimy to w każdy dzień byś miał zawsze dostatek nauka jazdy Kielce kursy e-learning tekstów do czytania i się nie nudził. Mamy nadzieję, że dzięki temu Twój poziom wiedzy znacznie wzrośnie. Aktualnie znajdują się tutaj recenzje napisane wyłącznie przez Aleksandra Świętochowskiego. Jednak niedługo powinno sie to zmienić i pojawiać się artykuły innych autorów.