W. Hugo
„Zaszło słońce romantyki francuskiej — powiada Brandes w zakończeniu swego dzieła — ale dopóki Wiktor Hugo żyje, wieczorną jej zorzę jeszcze na widnokręgu widzimy.” Przed kilku dniami i ta zorza zgasła — W. Hugo, pierwszy i ostatni z romantyków francuskich, umarł.
Należał on do rodu olbrzymów pióra, których śmierć rozlega się hukiem zwalonego kolosu. Między wielu innymi, którzy tego olbrzyma usiłowali wymierzyć, Brandes w swej świeżo przez Spółkę Nakładową po polsku wydanej książce skreślił go bardzo wymownie, ale zbyt roztopił w „prądach” i żywej, całkowitej, wyrazistej postaci w słowie nie odlał. Tym mniej możemy to uczynić my w pobieżnym szkicu, zwłaszcza gdy mamy zdjąć pośmiertną maskę z umysłu tak bogatego w siły i… przemiany. Bo przez osiemdziesiąt trzy lata swego życia W. Hugo rodził się i umierał wielokrotnie: był monarchistą i republikaninem, katolikiem i bezwyznaniowcem, konserwatystą i radykałem. Nie należy mu z tych przekształceń robić zarzutu i nie żądajmy od jednostki większej konsekwencji niż od narodu. A ten naród od Napoleona I do Trzeciej Rzeczypospolitej ileż przechodził zmian! Najgenialniejszy umysł w łonie społeczeństwa tak podlega prawom i wypadkom jego życia, jak dziecko w łonie matki. Czy podobna, ażeby ten, który przetrwał szereg gwałtownych burz, którego kolebka stała w epoce najwyższej potęgi Bonapartego, a trumna w czasie rządów Grevy’ego, pozostał jednakim? (więcej…)